Opublikowano nowy film. Prawie dwadzieścia minut. To spojrzenie za kulisy działania ultrasonografu Midjourney, który przypomina „basen zbiornikowy” (basen z mechanizmem zanurzeniowym). Film nakręcił inżynier i bloger technologiczny Marcin Plaza. Pracuje tam teraz, a przynajmniej tak twierdzi.
Urządzenie wygląda dokładnie tak, jak jest. Plaza mówi wprost: dziesiątki zdemontowanych czujników ultradźwiękowych przymocowanych do zwykłego basenu z mechanizmem podnoszącym w środku. Działa na zwykłych komputerach. Główne obciążenie przejmuje Raspberry Pi. Mówią, że będzie stosowany w uzdrowiskach. Albo już z niego korzystają. Obiecują tanie skanowanie. Brak promieniowania. Wystarczająco szczegółowe, aby zmienić lekarstwo, a przynajmniej tak im się wydaje.
Eksperci nie wierzą w taką fizykę. Nie z prędkością. Ultradźwięki to stara technologia. Ma kilkadziesiąt lat. Ona ma ograniczenia. Znane limity. The Verge napisał, że eksperci wątpią, czy Midjourney będzie w stanie je pokonać. Czy jest możliwość wygenerowania takich obrazów? Na taką skalę? Żadnych badań klinicznych?
Firma unika pozycjonowania medycznego. Tom Calloway, szef działu medycznego, chce, abyś wiedział, że jest to produkt wellness. Wystarczy analiza składu ciała. Nie wymaga zgody FDA. Żadnych oświadczeń diagnostycznych. Tylko szybki start po zakończeniu testów.
Ale język zdradziecko zdradza prawdziwe intencje. W filmie stale zadawane jest pytanie, co lekarze mogą zrobić z tymi danymi. Regularne skanowanie w miarę upływu czasu. Brzmi medycznie.
Myślę, że nie ma tu nic do wyjaśniania.
Calloway nie wydaje się zaniepokojony. Zamiast jasności obiecuje blogi.
Davida Holtza, dyrektora generalnego, nie obchodzi, co mówią inni. Nie ma inwestorów, którzy mówią mu „nie”. To daje mu swobodę.
- Nikt nie może go powstrzymać.
- Farma czujników obraca się.
- Pytania pozostają bez odpowiedzi w komorze echa. 🛁





















